Kulinarna metamorfoza

Kuchnia nigdy nie była moim ulubionym pomieszczeniem. Jeść nie lubiłam, gotować tym bardziej. Zresztą nie ukrywajmy – gotować to ja nie umiałam… W pewnym momencie swojego życia musiałam się jednak nauczyć ;). Opanowałam parę dań i jakoś to szło. Ale nie piekłam, bo to -moim zdaniem- była wyższa szkoła jazdy. Aż urodził się mój pierworodny. I coś we mnie wstąpiło! Jakiś piekarniczy duch :).

Na pierwszy ogień poszły muffinki, potem były ciasteczka owsiane, ciasta bez miksera i w końcu pieczywo: chałki, chleby, bułki, weki, bagietki. Na początku było to tylko pieczywo drożdżowe, później zaczęłam piec i na zakwasie. Był czas (kilka miesięcy), że w ogóle nie kupowaliśmy chleba. Piekłam codziennie, bo przecież mieliśmy wielką rodzinę – na tamtą chwilę dwójka dorosłych i siódemka dzieci!

Druga ciąża ma ewidentny związek z sernikiem. Byłam święcie przekonana, że noszę drugiego synka. Miał już nawet imię – Adaś. Poszłam na USG do bardzo dobrego specjalisty – pan doktor stwierdził, że „niestety” widzi dziewczynkę. Ponieważ to był dopiero 13-ty tydzień ciąży, to nie uwierzyłam. Pan doktor zaproponował zakład… O sernik… Na wszelki wypadek zaczęłam od razu serniki trenować i na USG połówkowe przyszłam już z kawałkiem na próbę, choć dalej nie wierzyłam. Parę miesięcy później nie miałam wątpliwości. Od tej pory uwielbiam serniki i piekę je namiętnie – przeróżne :D. A pan doktor dostał tradycyjny z przepisu forumowej koleżanki Weroniki :).

sernik dla pana doktora

Reklamy